niedziela, 29 czerwca 2014

Pillow project, pimp my room i inne zabawy dekoratorskie

Zaczęło się niewinnie. Od wymiany starego sfatygowanego dwuosobowego łóżka (które po złożeniu stawało się 4osobową sofą - idealną jak przychodzili do mnie goście) na jednoosobowe (z którego transformacji wychodzi również jednoosobowy, fotel) co wygenerowało problem logistyczny kiedy odwiedziły mnie moje przyjaciółki przy okazji urodzin.
Dziewczyny, przepraszam Was za tamten ścisk.

Zawsze marzyła mi się ogromna salonowa sofa z milionem kolorowych poduch i poduszeczek w równych kolorach, ale podobnej tonacji kolorystyczej. Podobnie jak kilka innych rzeczy, o których powiem niebawem, odkładałam to na bliżej nieokreślone "kiedyś", najpewniej jak już pójdę na tak zwane swoje. Czyli strych. Kiedyś strych będzie moim mieszkaniem, ale na razie, strych jest składem wielu rupieci (co niepotrzebne, to wynieś na strych...). Jednak ja jako miłośniczka tego co posiada piękno potencjalne i skryte dostrzegam tam kilka skarbów z naprawdę dużym potencjałem.
Może nie tak wartościowym, ale jednak dobrze rokującym było kilka poduszek. Wypełnione pluszem czy innym wacianym farszem straciły na puszystości. Jednak ja postanowiłam nadać im drugie życie. I zabawiłam się w darcie pierza! ... czy tam pluszu...



Poduszka przed darciem farszu na małe kawałeczki

i ta sama poduszka po zabiegu spulchniającym.


Postanowiłam przejrzeć moje zasoby włóczek i stwierdziłam, że np prując stary, nieużywany szalik, zyskam materiał na całkiem przyjemną poduchę. Należało jeszcze ustalić wzór, wymierzyć, obliczyć ilość oczek i zacząć bawić się w dzierganie warkoczy.


 No i tutaj powolny progres w produkcji frontu                                                                                 poduszki.




Gotowy front poduchy nr 1. Ponieważ 1 motek ( a tylko tyle posiadałam) starczył na jedną stronę, za namową mamy tył wykonałam z wdzięcznej tkaniny, również wyszperanej na strychu. W każdym razie tkanina owa jest wdzięczna o tyle, że pasuje do frontu każdej kolejnej poduszki.

No i GUZICZKI!!!! z guziczkami i dopieraniem ich również miałam niezły fun. Na strychu (gdzie jest domowe centrum szycia razem z blisko 80letnią maszyną do szycia firmy Łucznik, która nadal działa i na niej szyję:) mam mały składzik różnych zagubionych, samotnych lub całkiem zgrupowanych guzików. Do pierwszych 3 poduszek dobrałam nawet komplety guzików, ale potem stwierdziłam, że guziki pasujące kolorem ale innym np stopniem błyszczenia lub odcieniem będą tylko ozdobą.

Poducha nr 2 z 8 zaplanowanych


O i tu mam przykład kolorowych guzików. Nikt mi nie powie, że do tego melanżu lepiej pasowałyby jednakowe guziki. No po prostu nie :D


A tu kolejna porcja :)




Na koniec zostawiłam sobie dwie największe poduchy (o szerokości ponad 40 cm). Te poduszki znalazałam na strychu jako pierwsze i od razu chciałam je obrzucić jakąś fajną włóczką. Ale zamarzył mi się kolor fioletowo-biskupio-buracznowy. No nie wiem jak określić ten odcień. Tak czy siak, również na strychu znalazłam kolejny fajny materiał- taki brudnoróżowy, który bardzo ładnie współgrał z włóczką, którą kupiłam. Chciałam, żeby te dwie poduchy były już obrzucone z obu stron, toteż musiałam zainwestować w kilka motków wełny, a nie tak jak poprzednio, wykorzystać to co leżało u mnie w pudłach od nie wiem kiedy.


I właśnie w tym tygodniu udało mi się skończyć pierwszą poduchę :D
Drugą postanowiłam zostawić na urlop, bo tak duża robótka w jednym kolorze (nawet jeśli pięknym) daje mocno w kość i kolor ten powoli zaczyna się nudzić;)



 No i warkocz z bliska. W zależności od światła odcień wygląda na zupełnie inny, ale to wciąż ta sama poducha.


A tu już wszystkie podusie. Prawie jak zdjęcie rodzinne...



Przy okazji zrobiłam też pokrowce na dwa taborety, które mam w pokoju ( z tego samego z czego są poduszki) Jeden z pokrowców powstał jako beret ale ponieważ źle obliczyłam ilość oczek (o jakąś połowę za dużo :D) wykorzystałam go na krzesełko i całkiem się sprawdza :D



Aha... no i teraz przechodzę do meritum i całego przyczynku mojego poduszkowego projektu. Poniżej nowe stare łóżko (również ściągniętego ze strychu :D). Jak widać, stylistyka - głębokie lata '90. No cóż... ale przynajmniej jest wygodne:P
Aby temu zaradzić...

...Dokupiłam prześcieradło w głębokim brudnym ciemnym różu, a łóżko pozostawiłam w formie rozłożonej i wyłożyłam poduchami. Zrobiło się przytulniej.
Jedna z moim przyjaciółek stwierdziła, że jak się już położyła w tych poduszkach, to jest jej tak dobrze, że nie wstanie.
(TAK! właśnie o to chodziło przecież.)


W ramach dalszego czynienia mojego pokoju jeszcze przytulniejszym niż już jest, w kolejce do realizacji jest projekt "lampa".
Również na strychu (a gdzieżby indziej!) stoi drewniana lampa, której co prawda trzeba przerobić kontakt, ale jest sprawna :D (W piwnicy stoi podobna, też drewniana ale wysoka. Tej i tak już bym nie zmieściła w pokoju, ale kiedyś na pewno stworzą komplet)


 W śród materiałów na strychu znalazłam piękne bordowe płótno, które wykorzystałam do obicia stelaża od starego abażuru. Niestety nie mam z procesu jego tworzenia fotorelacji, ale w skrócie wyglądało to tak, że z papieru zrobiłam formę przyciskając do poszczególnych fragmentów stelaża, co dało mi  formę do wykroju. Następnie płótno zafastrygowałam (czyli zrobiłam próbny szef ) następnie zszyłam na maszynie. Potem jeszcze wykrochmaliłam i wyprasowałam, żeby materiał się ładnie układał. No i na koniec przyszyłam to na stelażu. (Trwało to jedno popołudnie, więc wcale nie tak dużo jak się może wydawać;)




A tak prezentuje się lampa w całości :D



Na koniec jeszcze jeden nowy element wystroju mojego pokoju. Plakaty z moich ukochanych filmów do tej pory wisiały lub stały w antyramach, które jak wiadomo, po za tym że praktyczne to nie za urodziwe specjalnie. I znów ... na strychu ( :) ) leżały od dawna zaklepane przeze mnie ramy obrazów,które też czekały na lepszy moment. I któregoś wiosennego popołudnia pomyślałam, że nie wiem na co ja niby czekam. Po prostu wzięłam je, wyczyściłam i prawiłam moje plakaty.
( w tym miejscu zdradzam się ze swoim gustem filmowym :P)



Druga przyjaciółka, która mnie odwiedzała po tych dekoratorskich ekscesach stwierdziła, że z początku nie zauważyła tych ram, bo one tak pasują do plakatów, że wzięła je za rzecz oczywistą :D

niedziela, 20 kwietnia 2014

Jajecznie, bo Wielkanoc. cz.2 Pisanki metodą batikową.

Pisanki metodą batikową.

Wiem o tej metodzie i naumiałam się jej, podczas wyjazdu integracyjnego na początku liceum. (Swoją drogą bardzo miły to był wyjazd i wielu innych ciekawych rzeczy się nauczyłam lub próbowałam, m.in garncarstwa i tkania na krosnach )

Nie pamiętam już niestety dla jakiego regionu Polski ten rodzaj zdobienia jaj był charakterystyczny, ale jest to metoda bardzo przyjemna i łatwa.

Zacznijcie od zabezpieczenia miejsca "zabawy" starymi gazetami, bo można nabrudzić;)

 Po pierwsze, potrzebujemy kominka, żeby rozgrzać wosk. Wystarczy kawałek starej świeczki umieścić na górze kominka. Od biedy, rozgrzany wosk z tealighta jak na zdjęciu, też się nada, ale najlepiej, by wosk był cały czas podgrzewany, bo lepiej się rozprowadza.

 Następnie, coś bardzo niepozornego, ale jakże kluczowago dla całego naszego przedsięwzięcia:
Weźcie jakiś stary ołówek, kredkę, patyczek, cokolwiek w co można wbić najzwyklejszą szpilkę. Będzie to nasz pisak. (przepraszam za zdjęcie w słabej jakości) Na końcu musi być główka szpili.

Teraz, jajka. Te tutaj były wcześniej ugotowane na twardo. I ja również polecam jajka już ugotowane. Ogólnie bezpieczniejsze w obsłudze. Potem będę je wkładała do wrzątku więc gdyby były surowe, mogłyby popękać i nasza praca poszłaby na marne.


W jednej dłoni penie trzymamy ugotowane i ostudzone jajko, a w drugą zamaczamy łebek szpilki w rozpuszczonym wosku...
... i stawiamy kreseczki. Taka kreska zawsze będzie grubsza w miejscu gdzie zaczęliśmy. Wosk spływa z łebka tworząc taki raki wzorek, jaki nam podpowie wyobraźnia. 
Radzę zacząć od jednego jajka na którym wypróbujecie możliwości takiego pisaka. Nie powiem, trzeba najpierw wyczuć jak się tym posługiwać, ale jest to naprawdę proste i przyjemne. 
UWAGA: jeśli wosk nie chce pisać, to znaczy, że jest za mało gorący. No i kreski należy stawiać dosyć szybko, bo zasycha momentalnie. 

  A teraz kilka przykładowych wzorków;)









A teraz czas na barwniki!!!
Ja użyłam takich klasycznych barwników do jajek, jakie można znaleźć w każdym spożywczym w okresie około wielkanocnym. Kiedy uczułam się tej techniki na warsztatach używaliśmy barwników do tkanin i tak też farbowano jajka kiedyś. Te barwniki dawały zdecydowanie mocniejsze i ładniejsze kolory, jednak dziś nie ryzykowałabym, bo nie wiem co w ich składzie się znajduje i na ile jest to jadalne (jajka nawet ugotowane często pękają, a barwnik przedostaje się pod skorupkę).


Pamiętajcie o zabezpieczeniu powierzchni starymi gazetami!!!


A oto pierwsza pisaneczka!
Cała tajemnica tej metody polega na tym, że w miejscu, gdzie położony został wosk, skorupki nie pokryje farba. Po włożeniu jajka do gorącego barwnika, wosk się roztapia, więc, po wyjęciu go ze słoika pod palcami nawet nie czuć że na jajku były jakieś wzorki.
A teraz kilka tegorocznych pisanek i zdjęć archiwalnych z lat ubiegłych :)









Miłej zabawy z malowaniem!

Jajecznie, bo Wiekanoc cz.1

Z okazji Świąt Wielkiej Nocy, postanowiłam przygotować dwa tutoriale, związane z dekoracjami na święta.
1. Niezwykle prosta w wykonaniu ozdoba, do wykonania której są potrzebne nawet nie tyle umiejętności co odpowiednie przybory, takie jak szpilki z kolorowymi łebkami (najlepiej perłowymi- na giełdzie kwiatowej opakowanie kosztuje ok.7 zł, ale widziałam też tańsze w zależności od długości szpilki i rodzaju łebka), dziurkacz ozdobny, który wycina kwiatki (takie najprostsze z płatkami) oraz styropianowe jajko lub kulkę (nie musi to być koniecznie ozdoba wielkanocna, z powodzeniem można zrobić z tego bombkę lub po prostu ozdobę do postawienia).
Wspomniany dziurkacz. W sklepie internetowym dałam za niego 5 zł. Są oczywiście inne wzory i rozmiary. Osobiście polecam większe, bo przy większej ilości wycinanych kwiatków, ręka boli od wciskania tego guzika.
Zastosowałam trzy odcienie papieru, żeby było ciekawiej: błękitny, seledynowy i taki wpadający w turkus - morski.

Szpileczki. Lub też jak widać po długości metalowej części- SZPILE. Jeśli uda Wam się znaleźć krótsze, to polecam krótsze. Te miału ok. 5 cm. Przy większej ilości wbijanych szpilek, musiałam uważać na kąt pod którym je wbijam, bo co jakiś czas blokowały mi się. Niestety tylko takie wtedy udało mi się dostać. 

Styropianowe jajo. Tak mówię, jakby ktoś nie ogarnął;)

Ale można też kulkę. Efekt ten sam, tylko całoroczny w sumie.

Zaczynany wbijać szpilki w środek kwiatka i tak po kolei, jeden obok drugiego.



Tak wygląda gotowa kula.
Ostatecznie zdecydowałam się na kulę, bo do jajka nie starczyłoby mi szpilek.  Wiadomo- im większe jajko/kulka tym więcej szpilek potrzeba. Kwiatków wcale tak dużo nie potrzebowałam, zresztą na bieżąco "dodziurkowywałam" je w miarę potrzeby.